Andziusiu,
jak mamy teraz żyć?
Pani Magda, Kochanie i Tytus
😭
To nie jest blog o kotach, wbrew pozorom. Chociaż i dla kotów znajdzie się na nim miejsce. To blog o wszystkim i o niczym. Blog próba. Blog rozbiegówka. Mój blog pierworodny.
Od rana za oknem coś się ewidentnie dzieje. Ulicą przejechał mechaniczny potwór i coś zrobił. Rodzina od samego rana zaciekawiona łypie zza firanki, ale gaci nie chce wciągać, żeby wyjść do ogródka i obczaić, więc kiedy tylko potwór odjechał, wyciąga mnie na romantyczny spacer (na termometrze cholerne 40 stopni, so...), żeby powęszyć, co się właśnie wydarzyło. Stylóweczka, jak ta lala, lniane spodnie, biała koszula, panama, raybany, możemy iść. Nie wyszliśmy jeszcze dobrze z domu, kiedy na naszą uliczkę wjeżdża z impetem Pan w Dostawczaku. Hamuje przed nami (chciałoby się napisać z piskiem opon, ale efektów akustycznych niestety nie było) i pyta, czy tu mieszkamy.
My: Tak.
Pan (cały w emocjach wyskakuje do nas z dostawczaka): Bo właśnie... No, ja nie wiem, jakby to powiedzieć... Bo my tu robimy i szef do mnie powiedział "Panie Witku, pie.dolnie Pan jeszcze Koziowolską!"
Normalnie świat zawirował, zamigotały gwiazdy, tęcza, na bank musiała też przelecieć jakaś tęcza, magia nas otoczyła takim jakimś niewidzialnym kokonem, czas stanął. Właśnie w ten sposób się dowiedzieliśmy, że drogowcy spontanicznie wyremontują nam za godzinę nawierzchnię na naszej ulicy. Najwyraźniej spontan zaskoczył nawet samych drogowców, bo Pan był w takim samym szoku, jak my. A my poczuwszy znajomy, barejowski klimat czasów powstania osiedla i jego nigdy nieremontowanych ulic, udaliśmy się żwawo zawiadamiać sąsiadów, żeby - ratuj się kto może - zabierali sprzed domów swoje samochody, zanim mechaniczny potwór przybędzie pożreć i nasz asfalt.
Umarł. Nagle. W poniedziałek wrócę z urlopu do biura i usiądę pół metra od jego biurka. Po drodze minę jego krzesło, za którym przeciskałam się setki razy, kiedy akurat on też był. Rozłożę laptopa i podepnę telefon do jego ładowarki. Chyba, nie jestem pewna, one są wszystkie takie podobne. A Bartka już nie będzie. Nigdy.
Październik, połowa października prawie, niedziela, pada.
W moim rodzinnym domu za dzieciaka w niedzielę był niedzielny obiad: na pierwsze danie rosół, na drugie mięso z rosołu. Rosół gotował tata, gotował go długo, na malutkim ogniu, bo on miał w naszej rodzinie najwięcej cierpliwości i był to zacny rosół. Natomiast mięso z rosołu, to była zawsze wołowina i, no cóż ja mogę powiedzieć, była to wołowina gotowana. Zapewne lepsza niż dzisiejsza gotowana wołowina, bo dzisiaj wszystko jest gorsze niż kiedyś i wołowina też nie jest wyjątkiem. Z musztardą była.
Do rosołu co tydzień był Koncert Życzeń. Żułam tę wołowinę wraz z życzeniami zdrowia i wszelkiej pomyślności od kogoś dla kogoś przy akompaniamencie Andrzeja Rybińskiego (Nie liczę godzin i lat, to życie mija nie ja...), Krystyny Prońko, Andrzeja Zauchy, Haliny Frąckowiak, Zdzisławy Sośnickiej i całej plejady niegdysiejszych gwiazd. Taka to była niedziela.
Dziś, jeszcze przed obiadem, internet, reklama szynki: "Każdy plaster to podróż w głąb smaku". Poezja XXI wieku mnie dopadła.
W piątek 3 listopada zginął tata Nastii.
Tania płacze, chociaż to już nie był jej mąż.
Ja też płaczę, chociaż nawet nie wiem, jak miał na imię.
Nastia nie płacze. Mówi, że może to nieprawda.
***
Miał na imię Zahar.
Rodzinie powiedzieli
"Cieszcie się, że był cały".
Tania nadal płacze.
Nastii została po tacie ukraińska flaga.
Metro, linia M1
Starszy pan peroruje do dwóch dziewczynek: "Pewnie chodzicie do szkoły. Do polskiej szkoły. To musicie mówić po polsku, bo jesteście w Polsce."
Nie, nie musicie. Nic nie musicie, Dziewczyny!
Ulica, po wyjściu z metra
Z naprzeciwka idzie młoda kobieta w hidżabie. Hidżab jest z jedwabiu, cieniutki, beżowy, misternie upięty na włosach. Trzyma za rękę kilkuletnią dziewczynkę. Pochyla się do niej, uśmiecha i mówi coś po rosyjsku. Mijamy się.